Raj w Niebie – tylko dla oczu

Raj w Niebie - tylko dla oczu 1

zdj. facebook Raju w Niebie

“O raju! Czyż jesteśmy w raju?” – można usłyszeć przekraczając progi lokalu przy ul. Nowy Świat 21, ale nie tylko. O niebiańskim smaku hawajskich bowli mówił cały internet, a sama knajpa stała się obowiązkowym fotopunktem każdej instagramowej influencerki. Skoro wszyscy, to i ja.

Droga do Nieba wiedzie przez niewielką salę z kilkoma stolikami, neonami i intensywnie niebieskim światłem. Serce Raju to wyobrażenie tego, z czym kojarzą się Hawaje. Goście siedzą pod palmami, tuż obok robiącego wrażenie baru, pełnego alkoholi, które zaraz można sączyć niczym na wakacjnej plaży. Z wyżej zawieszonych obrazów spoglądają na gości flamingi i tygrysy otoczone dżunglą w kolorach ciemnej zieleni. Przez liście palm i innych latorośli przedziera się światło z dużych okien, które tworzy niepowtarzalny klimat.

W menu jest sporo egzotycznie brzmiących pozycji, ale nie o nich dziś będzie mowa. Przyszliśmy na bowle (nazewnictwo z karty), które tyle razy widzieliśmy na Instagramie. Zmawiamy Ahi Poke Bowl (34,40zł), czyli miskę z tatarem z tuńczyka, ogórkiem, ananasem, awokado, wakame, jarmużem, imbirem marynowanym, edamame, rzodkiewką, różową cebulą, kokosem, szczypiorkiem, czarnym sezamem i sosem na bazie sosu sojowego, octu ryżowego i chili. Chcemy ją porównać z Huli Bowl (29,60zł), zawierającą kurczaka w marynacie huli huli, granata, orzeszki ziemne, awokado, kolendrą, marchew, ananasa, jarmuż, pomarańczę, buraki miso, cukinię, kokosa i pikantny majonezie chipotle. Uff, to prawie koniec, obie miski jeszcze serwowane są z gorącym ryżem. Sam skład i obfitość opisów rozbudza apetyt i naszą ciekawość, który musi przeżywać katusze, bo  bowli na horyzoncie nie ma przez naprawdę długi czas.

W końcu przychodzą, prawie tak ładne jak ze zdjęć. I prawie zawierające wszystko z opisu: w moim tuńczykowym bowlu zabrakło edamame, rzodkiewki i kokosa. Tajemniczy sos praktycznie niczym nie różnił się od sojowego, a o smaku chili nigdy nie słyszał. Kurczakowa miska miała więcej szczęścia, gdyż nie było w niej tylko pomarańczy i kokosa. Cztery ziarenka granatu i listek kolendry zaliczone. Warzywa, które ostały się na kuchni i wylądowały w naszych miskach sporo w życiu przeszły. Zwietrzały i wysuszyły się, tak że gdybym chciał komuś udowodnić, że zielenina jest fu, to zaserwowałbym je właśnie takie. Jadalność Ahi Poke Bowl ratuje spora ilość wyrazistego marynowanego imbiru i smaczny tuńczyk, którego jednak trudno nazwać tatarem, gdyż jest pokrojony w solidną kostkę. Ze smutkiem na twarzy, lekkim wstrząsem i kulinarną traumą kontynuuję sałatkę, która mogłaby konkurować o miano najbardziej dramatycznej w moim życiu.

Jadalności Huli Bowl jest na zdecydowanie niższym poziomie. Tagliatelle z marchewki obrzydliwie wysuszone, tak że staje w gardle, ale nie stanowi to nowości, gdyż kurczak także wysmażony od serca, na wiór. Marynata huli huli przywołuje wspomnienia kebaba jedzonego na kacu zeszłej nocy, nawet majonez się zgadza.

Ja rozumiem dużo, teraz nie sezon i nic dziwnego, że ogórek czy cukinia są pozbawione jakiegokolwiek smaku, wpadki się zdarzają, gorsze dni, ogólnie czasami jest średnio. Ale w miejscu chwalonym przez cały internet? Jedzenie w knajpie powinno smakować, a nie służyć zrobieniu fotki i do domu. Na otarcie łez i gorzkiego smaku zamawiamy deser Coco Nalu (19,20zł), czyli bardzo kokosowy crème brûlée. Smakuje wybornie, więc co to wszystko miało znaczyć?

Rozkoszny,
xoxo

UDOSTĘPNIJ
Share on facebook
Share on twitter

Leave a Comment